Przejdź do treści Przejdź do menu Przejdź do wyszukiwarki

Podziel się tym

Władysław Orkan

Po burzy

Jeszcze ostatnia głośna błyskawica,
Potem jęk — odgłos piorunnego młota —
Wreszcie ucichło… Przeszła naremnica,
W oddali jeno dudni i turkota.

Już na zachodzie chmura się przeciera.
Przez okiennicę wąskiego otwora
Niebo błękitem na ziemię wyziera
Tak samo jasne, pogodne jak wczora.

A tu na ziemi lić… Potoki huczą,
Każdym wgłębieniem warczą wały wodne —
Zda się: tę ziemię do znaku opłuczą,
Ostawią jeno skały samorodne.

Ściężałe drzewa ociekają rosą,
Trawy się lżejsze prostują powoli,
A zboża źrałe, jakby ścięte kosą,
Leżą pokotem wzdłuż po mokrej roli.

Z miedz obalonych sączą się strumienie,
Źródło z każdego bucha kretowiska —
Gdzie okiem rzucić — wszędy spustoszenie,
Zatopy mętnych wód i zamuliska.

Na zagon wąski wyszedł chłop od chałup,
Popatrzał wkoło… „Myślałech, że zgarnę
Co z tego pola… a tu wszystko na łup —
Cała ta praca człekowa na marne…”

Stanął bez rady i opuścił ręce,
A w sercu uczuł zwątpiałość bez granic.
Z oczu łzy trysły… „Myślałech: poświęcę —
Ale to na nic… wiem, że i to na nic…”