Przejdź do treści Przejdź do menu Przejdź do wyszukiwarki
Płaszcze damskie

Podziel się tym

Tadeusz Hollender

Noce straszliwe

Kto śpiewał wasze nędze i wątpliwe blaski,
mieszkania, zaprószone niewątpliwym kurzem,
tysiącpiętrowe schody, stalowe zatrzaski,
starców, zamiatających okropne podwórza,

ową śmierć wielkopomną i bakteryj wzloty,
poezję ryb, struganych w mroczne zlewów leje,
i ów wrzask rozdzieranych pod księżycem kotów,
wyschłych krawczyń z poddaszy wstydliwe nadzieje,

słów ubóstwo i życia i zgon uroczysty,
gdy Bóg, zwierzęta, ludzie na wieczność skłóceni…
— Rok, dwanaście miesięcy, dni codziennych trzysta
sześdziesiąt pięć przysiadło na dachach kamienic.

— — — — — — — — — —

Oto się srebrna luna po przymurkach wspina,
o szyby dźwięczne łapy złoty kot opiera,
wstrząsa się pierś drobniutka, ciało bohatera
żegluje snem burzliwym przez wczorajsze kina.

Aż się ruda dziewczyna spod dziesiątka pierzyn
odkryje po pagórki brzoskwiniowych piersi,
niech ją kłują młodzieńcy szczecią męskiej sierści,
niech w kosmate szatany na tę noc uwierzy.

Łopotają na gzymsach, przy piorunochronach
lunatycy ogromni w białych żaglach koszul,
skłuci rogami luny, modlą się i proszą,
niech ich noc o nieszczęściu białych dni przekona.

Trzeszczą zwierzęco meble, oblewane wrzątkiem,
gżą się, trzaskają szczęściem osrebrzonych desek.
Bankier otwiera mieszek i sypią się w mieszek
cekiny gwiazd i piastry — dumnych snów pamiątki.

Chrapią potworne mordy ludzi chrześcijańskich,
sączy się gorżka ślina przez krawędzie łóżek,
w smrodzie więdną w flakonach pokrwawione róże
na starożytnych książkach Klementyny z Tańskich.

Pod sercem szóste dziecko w serce krzykiem trafia,
wdziera się tryumf życia w czarne łona matek,
złotoskrzydłe kanarki zawisły u klatek,
gdy przez sen klnie straszliwa służąca Agafja.

Aż ulotnią się smutki w samotnych pokojach,
w oparach pod sufity wyfruną jak muchy,
zachrzęszczą na podłodze czarne karaluchy
i spadnie pięść na piersi — stań się wola Twoja…

Spławi się noc mieszczańska w kamienicznych troskach,
wtopi się w blask koszmarny niedosięgłej luny…
— Któż ci się w twarz rozśmieje śmiechem wielkiej dumy,
ogromna, bo nadludzka, zła Przemocy Boska?