Przejdź do treści Przejdź do menu Przejdź do wyszukiwarki

Podziel się tym

Maria Konopnicka

Pocałunek Roberta Emmeta

III.

Wschodzi ranek z różanej świetlicy…
Stanął Emmet u stóp szubienicy.
Stanął Emmet, pojrzał się do świata…
Niema przy nim ni druha, ni brata.

— Hej, bratowie! Hej, wy szczere druhy!
Jak świat pusty bez was, jaki głuchy!
Niemasz, komu ścisnąłbym prawicę,
Gdy mi przyszło iść na szubienicę!

Stanął Emmet, pojrzy się po niebie:
— Ziemio-matko, ginę, syn, za ciebie…
Za twą wolność, narodzie mój, ginę
Sam — samotny w ostatnią godzinę.
. . . . . . . . . . . .

Głucho bęben złowieszczy uderza:
— Robert Emmet, domawiaj pacierza!
Z głuchym ziemię kopają łoskotem:
— Robert Emmet, żegnaj się z żywotem!

Podniósł Emmet płonące źrenice
Na wysoką, czarną szubienicę.
— O Irlandjo, tyś moją modlitwą,
Ty pacierzem przed ostatnią bitwą!

Jakiś gwałt mu rozpręża ramiona:
— Lud mój chciałbym przycisnąć do łona!
Chciałbym żegnać… Chciałbym raz ostatni
Czuć na ustach pocałunek bratni!…

I pochylił swą tragiczną głowę:
— Przez te rany… przez te Chrystusowe…
I ostatnim pocałunkiem brata
Ucałował straszne lico kata.
. . . . . . . . . . . .

Głucho bęben złowieszczy uderza,
Płacze wolność swojego rycerza;
Głucho grudę ciskają kopacze,
Ziemia-matka syna swego płacze.