Przejdź do treści Przejdź do menu Przejdź do wyszukiwarki

Podziel się tym

Jaroslav Vrchlický

Język

Tłumaczenie: Konrad Zaleski.

Nie zmarł ponoć Alfred Wielki, w Alhelmy gdzieś żyje,
Za myśliwca snadź przebrany, po lasach się kryje.
Stary Norman, z rebeliantów, w klasztorze gajowy.
Co się ukrył, opowiadał mnichom fakt takowy:
Raz, wśród lata, na dnia schyłku, z gór burza się gnała
I pioruny, jak z kusz strzały, na lasy miotała;
On z obchodu wracał do dom, na dżdżu moknąc srodze,
Gdy na szczęście spostrzegł budę chróścianą na drodze.
— Wejdę do niej, myśli, odzież choć się zaoszczędzi.
Tu poczekam, zanim wicher grozę tę przepędzi.
Więc do budy! Lecz kiej licho! — już się w niej ktoś wierci, —
W kapeluszu, przemoknięty, zgarbiony w trzy ćwierci.
Drzewa gną się, nawałnica wyje i zawodzi.
Snadź nam obu, rzecze leśnik, chata ta wygodzi.
Wlazł do budy. Nic ze sobą naprzód nie mówili,
Gdyż wiatr huczał, wciąż się lało. Nareszcie po chwili,
Cudzoziemiec rzekł: — „Cóż, kmotrze, dobrze się wam darzy?”
— „Któż odgadnie jaką kaszę dla nas dwór upraży?”
A ten na to: — „Wszak spokojem dwór was dziś obdarza?”
— „A no prawda, mamy spokój, jako wśród cmentarza”.
Wtem grom błysnął i zabarwił wszystko w swe szkarłaty,
Norman poznał, z kim rozmawiał, tak z twarzy, jak z szaty.
Cudzoziemiec zauważył też, że jest poznany.
— „Powiedz, rzecze, czy lud wdzięczen jest mi i oddany?
Wszak jam zdziałał dla was wszystko, użyczył swobody,
Jam zbudował wasze drogi, poujarzmiał wody,
Jam założył wam stolicę, nadał dla niej prawa,
W moich pieśniach opiewana wasza niegdyś sława,
Jam połączył wasze rody, wszystkim dał kęs chleba,
Za to wszystko pragnę chwały… Co wam jeszcze trzeba?”
Norman gorzko się uśmiechnął: — „Przyjmij to do siebie:
Kiedyś język z ust nam wyrwał, co nam po twym chlebie!”