Przejdź do treści Przejdź do menu Przejdź do wyszukiwarki

Podziel się tym

Henryk Zbierzchowski

Szarzyzna jesieni

Padła na ogród szarzyzna jesieni,
Wśród zwiędłej trawy błyszczy pierwszy szron.
Na drzewie liść się ostatni rumieni
I czeka cicho na swój bliski zgon.

Pod ścianą domu stoją głuche ule,
Jakgdyby wrosły w nieruchomy mur.
Niebo się w zgrzebną ubrało koszulę
Po zgonie słońca, skrytego wśród chmur.

Ścieżki i drzewa w mgle wilgotnej mokną,
Mgła się pokładła na kwietników grób.
Nocami śmierć się podkrada pod okno
I pozostawia ślady swoich stóp.

Na pustej ławce przy końcu aleji
Siadła tęsknota, dni minionych cień.
Wszystko jest jakieś szare, bez nadzieji,
Jak ten jesienny, bezsłoneczny dzień.

I w mojej duszy jest ogród bez blasku,
A kiedy spojrzę w serca mego dal,
Widzę jak snują się po ścieżek piasku
Cicha zgryzota i bezgłośny żal.