Przejdź do treści Przejdź do menu Przejdź do wyszukiwarki

Podziel się tym

Henryk Zbierzchowski

Na urlopie

Po roku urlop, rzecz to nie powszednia.
Jakżesz się na to cieszy każdy żołnierz!
Wyprał z krwi mundur, ubrał czysty kołnierz
I prosto z rowów przyjechał do Wiednia.

W wyborze miasta miał nie jedną racyę.
Życie i wykwint skupia się w stolicach.
Więc przez dni pierwsze chodził po ulicach,
Wciąż przeżywając ogromne senzacye.

Wszystko nowością było — więc jak nurek
Nurzał się w zbytków sferze idylicznej.
Cieszył go teatr, tramwaj elektryczny,
A nawet w pewnej ubikacyi sznurek.

Rajem się zdała kawiarnia spokojna,
Gdzie piękne damy kwitnęły jak kwiaty,
I gdzie wieczorne tylko »extrablaty«
Przypominały, że na świecie wojna.

W tym wieku, gdy się serce ma jak krater,
Człowiek jest skłonny do każdego czynu.
Poznawszy pewną pannę z magazynu
Musiał zapłacić jej piwo i Prater.

Pływali łódką, strzelali do celu —
Wszystkich rozrywek zliczyć nie potrafię.
Ona jeździła ślicznie na żyrafie
A on na świni w jakimś karuzelu.

Lecz coraz częściej począł ziewać skrycie
I z całodziennej gdy wracał gonitwy,
Śniły się marsze, placówki i bitwy
I obozowe pośród druhów życie.

Więc wnet pokłócił się z swoją niewiastą
Poznawszy, że jest straszną panteistką.
A że mu nadto obrzydło już wszystko,
To jasne, głupio rozbawione miasto,

Ta wieczna sztuka mięsa i ogórek,
Ten tłum po barach i kawiarniach liczny,
Karuzel, teatr, tramwaj elektryczny,
A nawet w pewnej ubikacyi sznurek,

Bo się to wszystko powtarzało w kółku
I wielkiej chwili przeczyło niegodnie —
Skrócił swój urlop o cztery tygodnie
I po dniach siedmiu powrócił do pułku.