Przejdź do treści Przejdź do menu Przejdź do wyszukiwarki

Podziel się tym

Cezary Jellenta

Dziatwa lasu

Muzyką mi nie wrzawa dusznych miast gorąca.
Lecz szczebiot makolągwy, stukanie dzięcioła,
Płochliwy okrzyk kraski, gdy turkusem lśniąca
Wiga wśród drzew — kukułki pobudka wesoła,
Co naraz wszystkie struny ech uśpionych trąca.

Kapelą mą tysiączny ptaków chór; on słucha
Bicia mojego serca; tajemnicze dźwięki
Rozkwieconej natury drżą, jak skrzydła ducha,
To, grając jak skrzypcowe leśnych żuków brzęki,
To łopocąc tajemnie, jak ćma — polatucha,

Żyję, gdy dziatwa lasu na słońce wylęga,
Gdy sarny nad zwierciadłem stanąwszy jeziorka,
Trwogę swych wielkich oczów ślą do mego brzega,
I sam się dzikim staję, gdy zwinna wiewiórka,
Nie tknąwszy ziemi, knieję po gałęziach zbiega.

Las mię zrodził, kołysał. Jam ptakom rówieśny,
W podszytych dębem jodłach przelatam swobodnie,
Upojony śpiewami w sen zapadam wcześny,
A budzę się i zrywam, gdy las świtem chłodnie
I górą jodeł płynie szum dziwny bezkreśny…