Przejdź do treści Przejdź do menu Przejdź do wyszukiwarki

Podziel się tym

Adam Asnyk

Julian Apostata

Na czele bitnych rzymskich legionów,
Spaliwszy na Tygrze floty, —
Gdzie przed wiekami wódz Macedonów
Rozbijał swoje namioty,

Stanął zazdrosny jego podboju,
Świeżą okryty purpurą
Cezar, co, wedle sługi pokoju,
Na słońcu prawdy był chmurą.

Pieszcząc w swem sercu przeszłości marę,
Chrystusa sieciom niechętny,
Zamierza wskrzesić imperyum stare
I Olimp bogów ponętny.

Jedzie i marzy o swoim wrogu,
Co berło świata wydziera, —
O tym nieznanym i cichym Bogu,
Co gdzieś na krzyżu umiera.

„Duszę mam, — mówi — blasków słonecznych
Pełną i niemi obrzucę
Ludzkość spragnioną jutrzenek mlecznych,
I dawną pogodę wrócę.

Przeze mnie błyśnie dawna potęga
Obrządku, co światem władnie,
A nowa wiara, co Rzym rozprzęga,
Pod stopą moją upadnie.

Nie w ciemnem, nawpół dzikiem marzeniu
Leży zbawienie dla świata,
Lecz w tym Heliosa jasnym promieniu
Dojrzewa przyszłość bogata.

Mądrość, na którą wieki się całe
Składały w ciężkiej kolei,
Mamyż wymienić za to niestałe
Zaziemskich widmo nadziei?

I barbarzyńską targnąć się ręką
Na święte przodków spuścizny?
Za galilejską biegnąc jutrzenką,
Odstąpić wrogom ojczyzny?

O nie! mój mistrzu, co wzrok odrywasz
Od ziemi, gdzie życia cele,
I myślą w sennem niebie spoczywasz:
Ziemią się z tobą nie dzielę;

Lecz ją sam ujmę w żelazne dłonie,
Promienną przeszłość odtworzę:
A na zwycięskim wejdzie zagonie
Słońce, co zgasnąć nie może.”

Tak dumał Julian, patrząc się w gwiazdy,
I szukał swojej w niebiosach,
Aż wtem z pod ziemi perskie podjazdy
Przyszły rozstrzygać o losach.

Wzięły zwycięztwo bitne legiony,
Pierzchają hordy przed niemi;
Ale wódz, strzałą perską raniony,
Chyli się z konia ku ziemi

I laur ostatni rwąc na tej niwie,
Obficie krwią swą go zmywa…
Spojrzał się w górę dumnie, wzgardliwie,
I sny stracone przyzywa.

Potem, zgarniając w dłonie już drżące
Strumień krwawego koralu,
Cisnął nim w niebo jasne, milczące,
Z wymówką skargi i żalu —

I zionąc duszę w namiętnym krzyku,
Słabnący rzekł Apostata:
— „Dziś zwyciężyłeś, Galilejczyku!
Lecz jutro! gdzie jutro świata?

Cóż, że my padniem przy tych bożyszczach,
Tchnących wdziękami młodości?
Cóż, że na naszej potęgi zgliszczach
Ponury krzyż się rozgości?

Że ten świat grecki w mgły się rozwieje
Z harmonią tęczowych mytów,
Że w miejsce niego niebo zadnieje
Męczeńskich pełne zachwytów?

Czy krzyż otworzy swoje ramiona
Tułaczej narodów rzeszy?
Czy w cieniu jego spocznie strudzona
Ludzkość, co nie wie gdzie śpieszy?

Czy tak, jak teraz kona świat stary
Pod znakiem boskiego zbawcy,
Nie będą padać ludów ofiary,
Wleczone pod miecz oprawcy?

Czy w imię tego czarnego krzyża
Świat się nie spławi krwi strugą,
I wiara, co dziś niebo przybliża,
Ciemności nie będzie sługą?

O! przyjdzie chwila, w której o Tobie
Gromady zwątpią cierpiące,
Gdy ujrzą na swych nadziei grobie,
Jak ja dziś, niebo milczące —

I wołać będą w dzikim okrzyku,
Padając pod topór kata:
— Dziś zwyciężyłeś, Galilejczyku!
Lecz jutro! gdzie jutro świata?”