Przejdź do treści Przejdź do menu Przejdź do wyszukiwarki

Reklama

Ogród - sprawdź na Ceneo.pl

Podziel się tym

Zenon Przesmycki (Miriam)

W parowie

I.

Leżę w parowie. Głowa w mchu mi tonie,
Sosny ożywczym aromatem dyszą,
Szczyty ich sennie w górze się kołyszą,
Szlak chmur przeciąga ku zachodniej stronie.

Cisza dokoła. Upajam się ciszą.
Odurzające macierzanki wonie
Z traw biją… Nagle — pieśń mi wzbiera w łonie.
Śpiewać! dla ludzi! — lecz czyż mnie dosłyszą?

Czy mnie nie zgłuszy uragan dziejowy,
Co zmiata proch wnet po każdej godzinie,
Która w toń wieków padnie i — przeminie?…

Zbieram swe myśli, odziewam je słowy:
Lećcie, jak orły, jak wichry, po świecie,
Grzmijcie!… — Ocknąłem się, płacząc, jak dziecię.

II.

O, gdzież pieśń taka, co burzą szaloną
Nad tą wyziębłą kulą by przegrzmiała,
Od której ludzkość zadrgnęłaby cała,
Któraby w każde ugodziła łono!?

Czy jest pieśń taka? i czy skamieniała
Ludzkość jest zdolna przyjąć w pierś uśpioną
Coś, co nie będzie lalką wystrojoną
Lub złotym kruszcem?… Oby myśl kłamała,

Która tak twierdzi! — Płonęła mi głowa,
Złożyłem skronie na wilgotnej ziemi —
I zwolna w ucho, szmerami dziwnemi,

Spłynęła sosen pieśń tęskna, surowa,
I ciche szepty wonnych ziół kobierca.
Głosy ich brzmiały: »Z serca śpiewaj, z serca!«