Przejdź do treści Przejdź do menu Przejdź do wyszukiwarki

Jesienna nostalgia

Jesienna nostalgia
Fot. Anna Tymecka. Wszystkie prawa zastrzeżone.

Reklama

Jesień — czas słoty, szarugi i długich wieczorów, ale także pięknych
złoto‐czerwonych barw, wędrówek i spacerów w ostatnich ciepłych promieniach słońca oraz przygotowań do nadchodzącej zimy. Czy ta pora roku przynosi tylko senne, ponure i melancholijne inspiracje; czy może potrafi swoją aurą tchnąć w twórców ducha optymizmu?

Tadeusz Miciński — Akwarele

Jesienne lasy poczerwienione
goreją w cudnym słońca zachodzie.
Witam was, brzozy, graby złocone
i fantastyczne ruiny w wodzie.
Początek jawi się bardzo ciepło i optymistycznie. Miciński dostrzega piękno mieniących się w promieniach zachodzącego słońca barw jesiennego lasu. Polska złota jesień wydaje się urzekać go i napawać pogodą ducha.

Czemu się śmieją te jarzębiny?
czemu dumają jodły zielone?
czemu się krwawią klony — osiny?
płyną fiolety mgieł przez doliny
i jak motyle w barwnym ogrodzie
latają liście złoto‐czerwone.
Wciąż zachwyca się kolorami jakimi obdarza go przygotowujący się do zimy las. Lecz nagle coś się psuje i niemal w mgnieniu oka ciepłe barwy gasną, przeradzając się w przytłaczający cień żalu i smutku.

Z wyżyn spoglądam na leśne obszary
pod tchnieniem wiatru jękliwie szumiące.
Tam pogrzebałem — w szafirowe jary
troje mych dziatek — i siebie tam strącę.
Ogarnięty z niewiadomych powodów nagłym smutkiem i zgryzotą, zaczyna widzieć wszystko w czarnych barwach i choć wciąż zdaje się poszukiwać iskry nadziei, to robi to bez większego przekonania.

Nad jeziorami wznoszą się opary,
krążą stadami wrony żer wietrzące.
Pójdę — i z czarnej tej jedliny zrobię
krzyż — i wykrzesam iskrę wiary
i zapalę ten ogromny bór — hymnem o Tobie
jeśli mi wrócisz jedno z tych dziatek — żyjące.
Wszystko wskazuje na to, że początkowy optymizm i spokój ducha w ostatecznym rozrachunku zostają pokonane przez przygnębienie, a Micińskiemu pozostaje tułaczka na oślep i wieczna tęsknota…

Leopold Staff — Deszcz jesienny

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno…
Jęk szklany… płacz szklany… a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny…
O ile u Micińskiego smutek pojawia się nagle i niespodziewanie po okresie początkowej radości, to u Staffa już na wstępie czuje się ponury, ogarnięty półmrokiem jesiennej szarugi, napawający pesymizmem nastrój.

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze…
[…]
Odziane w łachmany szat czarnej żałoby
Szukają ustronia na ciche swe groby
[…]
Zmarł nędzarz, nim ludzie go wsparli jałmużną…
Gdzieś pożar spopielił zagrodę wieśniaczą…
Spaliły się dzieci… Jak ludzie w krąg płaczą…
Senna monotonia deszczowej aury przytłacza go, a zapadający zmierzch budzi w nim przykre, pełne mrocznych wizji majaki, które niczym senne koszmary, uporczywie przywołują coraz bardziej posępne obrazy. Łzy, nieszczęście, rozpacz, śmierć…

Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie
I zmienił go w straszną, okropną pustelnię…
[…]
I posiał szał trwogi i śmierć przerażenia…
Aż, strwożon swym dziełem, brzemieniem ołowiu
Położył się na tym kamiennym pustkowiu
Jego ogród czy jego szatan? Dwuznaczność Staffa potęguje uczucie niepokoju. A on wciąż tonie w wizjach pełnych pustki, lęku i śmierci. Czy to już kompletny brak nadziei? Apogeum zwątpienia i rozpaczy? A może to tylko niespokojny sen?

Stanisław Korab‐Brzozowski — O przyjdź!

O przyjdź, jesienią —
Wdziej szatę lekką, białą, zwiewną,
pajęczą;
Rzuć na hebanowe swoje włosy
perły rosy
Lśniące zimnych barw
tęczą.
Mimo, że u Stanisława Korab‐Brzozowskiego, podobnie jak u Staffa melancholia wyczuwalna jest od samego początku, to przyjmuje ona zupełnie inne, zaskakująco delikatne oblicze. Subtelna nostalgia urzeka go i fascynuje do tego stopnia, że zdaje się dostrzegać w niej eteryczną kochankę za którą tęskni i której oczekuje.

O przyjdź, jesienią —
Owiana skargą tęskną, rzewną
żurawi,
W dal płynących szarą niebios tonią,
tchnąca wonią
Kwiatów, które mróz
krwawi.
Smutek przeplata się ze spokojem i zadumą. Coś przemija i ginie w szarej, zamglonej dali, a jemu pozostają już tylko ból i rzewna tęsknota.

O przyjdź, jesienią —
W chwilę zmierzchu senną, niepewną —
i dłonie
Swe przejrzyste, miękkie, woniejące
na cierpiące
Połóż mi skronie —
o Śmierci!…
Zimno. Szary jesienny dzień zamienia się w ciemny zmierzch, a on nawołuje ją po raz trzeci. Czy ona usłyszy i przyjdzie by czule otulić go spokojnym snem? Czy ukoi żal i tęsknotę? Na sam koniec wypowiada jej imię…

Więc jednak nostalgia…

Okazuje się, że jesień przynosi smutną, odzianą w odcienie szarości wenę. Zapewne można odnaleźć poetów, których ta pora roku zainspirowała do napisania bardziej optymistycznych wierszy, jednak pod wpływem jej aury, ja wybrałem właśnie te.