Przejdź do treści Przejdź do menu Przejdź do wyszukiwarki

Podziel się tym

Felicjan Faleński

U Morskiego Oka

Północ. Wiatr z świstem buchnął w rdzeń ogniska —
Dymem go dławi, targa, w skry rozpryska…
Tam z niebios gwiazda spadła —
Czyście widzieli?
Huk się gruchocze dołem wśród bezdroży —
Wpadł w las, o skały runął, w mgłach się sroży:
Tu wodospadem grzmiąc w spękane szyby,
Tam lodozwału grozą rycząc, niby
Wyparta czerń rozjadła
Z piekieł gardzieli.

Mnich posiwiały ostro spojrzał w puszczę —
U stóp mu pstrąg się niespokojnie pluszcze —
Tam z niebios gwiazda spadła,
Czyście widzieli?
Wypłynął miesiąc — ale go bladawa
Chmura natychmiast sobą wpół przekrawa,
Więc skonał, milcząc; bowiem senną zgrają,
Z wodnych tumanów, niby z mogił, wstają
Przezroczych ciał widziadła
W śmiertelnej bieli.

I po wiszarach, gdzie skrzą śniegów szmaty,
W błyskach się taniec zawziął wichrowaty…
Tam z niebios gwiazda spadła —
Czyście widzieli?
Och! w jakiż wir się kręcą zapalczywy
Te krwi i kości pozbawione dziwy!
Wtem zmierzch je obwiał blady skądś, jak próchno —
Czy tę wesołość pędy wichrów zdmuchną?
Czy błyskawica zbladła
Gromem zastrzeli?

Ani to wichrów zastęp bladolicy
Dyszący klęską, ni blask błyskawicy…
Tam z niebios gwiazda spadła —
Czyście widzieli?
To ćmie się nocnej zjawia niespodzianie
Zorzy różowe w zmroku gwiazd świtanie,
I z niebios górnych, w ciszy gdzieś głębokiej,
Poprzez olśnione chwałą dnia obłoki,
W świetlane wód zwierciadła
Patrzą anieli… —