Przejdź do treści Przejdź do menu Przejdź do wyszukiwarki

Reklama

Podziel się tym

Charles Baudelaire

Siedmiu starców

Tłumaczenie: Bohdan Wydżga.

Nieraz śród ciżby, zgiełku ludzkiego mrowiska
W dzień biały, nito we śnie, stanie bies, czy złuda.
Bo ciągle przepływają tajemne zjawiska
W powikłanych kanałach miasta-wielkoluda.

Kiedyś rankiem, gdy w smutnej ulicy kalekiej
Zapłakane domostwa, przez mgły wywyższone,
Zdały się tworzyć brzegi wzbierającej rzeki,
Zaś jak tło, do mej duszy mrocznej dostrojone,

Wilgoć się brudna, żółta lepiła natrętnie —
Szedłem przedmieściem, drżącem od wozów ciężarnych,
Z trudem trzymając wolę na swych nerwów tętnie,
Borykając się z duszą, mętną od mar czarnych.

Nagle ujrzałem starca! — W nędzny strzęp odziany,
Równie brudny jak owa dżdżysta aura cała…
Jałmużny-by sypnęły pewnie w te łachmany,
Gdyby nie złość niezmierna, co mu z ócz patrzała;

Ze źrenic jego, zda się, żółć ciekła zawistna;
Spojrzenie w lot ścinało wilgoć w szron śniegowy —
A broda twarda, ostra — ruda wiecha istna —
Nadawała mu wyraz w pełni judaszowy.

Był więcej niż zgarbiony, bo złamany w kroku;
Grzbiet i tułów schylone po linji trotuaru,
Zaś kij, którym się wspierał. dopełniał widoku
Czegoś, co nie ma miana — bezsensu z koszmaru:

Czworonóg chromy, albo żyd z trzema łapami. —
Ciężko, ze złością spuszczał w śnieg i błoto nogi,
Jak gdyby trupy miażdżył swemi buciskami —
Chociaż obcy, jednakże jak wilk światu wrogi.

A za nim stąpał drugi: grzbiet, kij, wzrok jednaki,
Ten sam łachman i broda; z jednego szły piekła
Owe zjawy potworne, stuletnie bliźniaki:
Szli krok w krok — do jednego celu chuć ich wlekła.

Co za ohydny spisek wkoło mnie uknuto —
Czy złośliwy przypadek drwił ze mnie? Bo oto
Siedmiu ich takusieńkich gdzieś z piekła wypluto:
Mnożyli się, jakgdyby ich rodziło błoto.

Komu się ta przygoda wyda błahą może,
Zbieg zdarzeń — przypadkowy, a strach — niedorzeczny,
Niech zważy, że to całe zgrzybiałości morze —
Że tych siedmiu potworów miało stygmat wieczny!

Czułem: gdyby pokazał się był jeden jeszcze
Podobny kmotr plugawy, pokumany z piekłem,
Wstrętny Feniks — sam sobie syn i ojciec — kleszcze
Śmierci by mię zdławiły! Więc jak tchórz uciekłem —

Obłędnie, niby pijak, któremu się dwoi;
Drzwi podparłem, jak skąpiec, co ukrywa złoto,
Drżąc jak w febrze, piekielnych pełen niepokoi
Tajemniczością zjawy tknięty i głupotą!

I napróżno rozsądek chciał pochwycić wodze:
Burza huczała w głowie. w powale i łożu;
Dusza, jak stara barka wirowała srodze
Bez masztów, steru — po złem i bezbrzeżnem morzu.

Podziel się tym

Dołącz do dyskusji