Przejdź do treści Przejdź do menu Przejdź do wyszukiwarki

Podziel się tym

Bolesław Leśmian

Dzień skrzydlaty

Rozwidniły się w słońcu dwie otchłanie — dwa światy, —
Myśmy byli — w obydwu… A dzień nastał skrzydlaty.

Nikt nie umarł w dniu owym, — nie zataił się w cieniu…
I pamiętam, żem myślał o najdalszym strumieniu.

Nie mówiłaś nic do mnie, lecz odgadłem twe słowa.
A on — zjawił się nagle… Zaszumiała dąbrowa.

Taki — drobny i nikły… I miał — ciernie na skroni.
I uklękliśmy razem — w pierwszej z brzegu ustroni.

W pierwszej z brzegu ustroni, — w pierwszej kwiatów powodzi.
I zdziwiło nas bardzo, że tak biednie przychodzi.

Ubożeliśmy chętnie — my i nasze zdziwienie…
A on — patrzał i patrzał… Cudaczniało istnienie…

Zrozumieliśmy wszystko! — I że właśnie tak trzeba!
I że można — bez szczęścia… I że można — bez nieba…

Tylko drobnieć i maleć od nadmiaru kochania.
A to była — odpowiedź, i nie było — pytania.

I już odtąd na zawsze przemilczeliśmy siebie,
A świat znów się stał — światem… I czas płynął po niebie.

I chwyciłaś źdźbło czasu, by potrzymać je — w dłoni,
A on — patrzał i patrzał… I miał — ciernie na skroni.

Reklama

Podziel się tym

Dołącz do nas na Facebooku

Dołącz do dyskusji